22 listopada 2017

Nuda

Nuda.
Czy to coś złego – nudzić się?  Mój dziadek gorszył się, gdy jako dziecko prosiłam go, by wyszedł ze mną na dwór albo pozwolił choć pobawić się na balkonie – bo się nudzę. "Tylko mało inteligentny człowiek nudzi się sam ze sobą!" – mawiał. Robiło mi się wówczas wstyd i głupio, no bo przecież nie myślałam wówczas o sobie, że mogę być nieinteligentna. O swoim rozumie – w ogóle wówczas nie myślałam – jeśli mam być szczera.

No to więc ta nuda – to taki obciach? Kiedy umysł błąka się po powierzchni sprawy – płaskiej jak andrut – gdy nie ma o co zahaczyć jego pazurków, ani na ząb wgryźć się w materię. Bo gdy już się nawet wgryzie – okazuje się, że nie ma drugiego dna. Żadnego dna nie ma. Andrut się kończy, a po drugiej stronie jest – dziura po andrucie.

                                          (źródło)

No to się umysł znów rozczarowuje i błąkać zaczyna.
Na manowce. Zsuwa się mimochodem, niby że nie, ale jednak zjeżdża gdzieś w rejony nudy mniejszej.
I wydziwia. I wymyśla.

A gdyby tak wstać i wyjść? Nie tylko umysłem, którego dawno już nie ma w tej sali. Ale tak z całym dobrodziejstwem inwentarza. Wyjść i pójść – wbrew pogodzie, opiniom, konsekwencjom. Wyjść na mroźne powietrze, na ten smog zabójczy, wspiąć się na najwyższą górę i zostać tam do końca świata?

A gdyby tak zjechać z tego krzesła twardego – niżej, na podłogę, niżej, niżej pod klepki, pod kurz i beton, do jaskiń, przeryć się do samego jądra Ziemi. Ogrzać się od niego, rozżarzyć?

Anihilować się – świadomość rozpuścić w atomach drgającego powietrza, rozbryzgnąć się po ścianach, po sercach – po głowach innych ludzi i zobaczyć, jak to jest, że oni się nie nudzą. Że im to odpowiada, że się cieszą i że mają dużo do powiedzenia.


Pozadraszczam im serdecznie. I znów dziadek przychodzi do głowy, że może jednak nieinajinteligentniejsze ze mnie stworzenie, skoro nuda dopadła tak dotkliwie, że nie ma zmiłuj. 

22 września 2017

Lekarstwo starej ciotki



No właśnie. Rutyna. Brzmi trochę jak lekarstwo podawane przez starą ciotkę - na wszelkie dolegliwości.
Tu by człowiek tak chciał machnąć skrzydłami, się wznieść i eksplodować w słońcu, a ta ciotka ze swoją rutyną przydreptuje, wciska na głowę berecik, daje jabłko na drogę i nie bacząc na protesty -  wysyła w codzienność.
Bez rutyny nie ma bezpieczeństwa. Dzieci bez codziennych rytuałów, powtarzalnych czynności tracą pewność, są pogubione. Cykliczność, powtarzalność dają nadzieję na to, że jest jakiś porządek w świecie, że na wszystko jest czas i miejsce.

Nie ma mistrza, który by nie prowadził rutynowego życia.
Nikt nie chudnie po jednym treningu, zostaje oświecony po jednej sesji medytacyjnej czy czyta Szekspira w oryginale po jednej lekcji angielskiego.

Efekt wynika z codziennej, powtarzalnej pracy.

A z drugiej strony - to doświadczenie życia psa łańcuchowego. Praca - dom. Praca - o weekend! - no to zakupy i jakiś kościół. Hau hau! - obszczekujemy szalone okazje, niespodziewane zwroty akcji, które przecież wydarzają się codziennie.

Przedawkowanie każdego lekarstwa - nawet podawanego przez kochającą ciotkę - może być śmiertelne.

7 września 2017

Mindfulness w życiu pełnym katastrof

Mindfulness to nie obniżanie stresu dla lepszego samopoczucia. To wykorzystanie naszego życia do tworzenia piękna tego świata, dobra, pomyślności i zdrowia, a także kreowania i wyobraźni, i wreszcie miłości. Wszystko to jest jednym i tym samym.
Jon Kabat-Zinn




Miałam w czerwcu wyjątkową możliwość uczestniczenia w seminarium „Mindfulness-Based Interventions from the Inside: A Day-Long Laboratory of Practice, Inquiry and Fine-Tuning” dla nauczycieli MBSR/MBCT prowadzonego przez Jon Kabat Zinna w Imperial College London, gdzie spotkali się nauczyciele mindfulness z całego świata.

Jon podkreślał jak ważne jest codzienne praktykowanie uważności, dzięki której jesteśmy dostrojeni do codziennych naszych obowiązków i zajęć. Wskazywał, że nasza praktyka mimo że indywidualna, jest też dla innych, należy do całego wszechświata i przyczynia się tworzenia piękna i pokoju. Prosił, aby nie mylić mindfulnessu z obniżaniem stresu i napięcia, ale widzieć w tej praktyce otwarcie na siebie i innych, akceptację i miłość. Nie chodzi o naprawianie siebie, czy umilanie sobie życia, ale głębokie rozpoznanie na czym polega cierpienie i pozwolenie wydarzeniom na dzianie się tak jak się dzieją.

Zapraszamy do naszego Centrum na kolejne edycje treningu Mindfulness-Based Stress Reduction MBSR w Gdańsku.
http://www.klinikastresu.com.pl/?page_id=50

Ewa Kaian

5 sierpnia 2017

Obiaaaaad!!!

Jak wszystko w życiu, jedzenie posiada swoje drugie – metafizyczne dno. Gdy podajemy posiłek, tym, na których nam zależy - wyrażamy także swoją troskę o nich.
I nieprawdą jest, że żołądek i serce to organy silnie skorelowane tylko w organizmie mężczyzny. 
Smak, zapach, wygląd, sposób podania. Wszystko ma znaczenie.


Gdy przed nos głodnego płci obojętnej wjeżdża dymiący talerz podany serdecznie i z troską – rodzi się wdzięczność. Wówczas nawet na kelnerów patrzy się przyjaźniej – choć to nie oni odpowiadają za jakość tego, co jemy.
Wyobrażam sobie, co mogli czuć ludzie epoki kamienia, gdy po raz pierwszy udało im się zgrillować przyprawione mięso – musiał to być przełom w ich życiu społecznym i kulturowym. Wprawdzie każda ich impreza odbywała się w kuchni (a jak wiadomo – w kuchni zawsze są najlepsze imprezy), ale po tym wydarzeniu nabrało to dalece głębszego znaczenia. Kuchnia wreszcie stała się kuchnią :)
Gdy siadam przy zastawionym stole, przychodzi mi do głowy, że taki obiad, to najbardziej wyrazisty obraz przekonania, że świat - ten ożywiony i nieożywiony, ludzie, kultura i natura - WSZYSTKO jest ciągiem naczyń połączonych. 
Nie ma upieczonego udka z kurczaka, bez stworzenia, które straciło życie, by zaspokoić mój głód. Nie ma soli bez procesów chemicznych, dzięki którym powstała. 
Ani ognia, bez łącza gazowego. 
Ani obrusa bez małych rączek z Bangladeszu tkających go na potrzeby świata Zachodu. 
Nie ma ziemniaków bez rolnika i jego świadomości, czym i kiedy swoje uprawy posypie…

Wdzięczność za posiłek – to wdzięczność do świata i jego mieszkańców za dar, bez którego nie moglibyśmy żyć.
Przez ręce i serce osoby, która przygotowała posiłek, płynie nieskończony strumień wysiłku i procesów naturalnych, energii świata, która "zaistniała" jedzenie na stole. Wszystkiego, co w świecie dobre i piękne i tego, co bolesne i niesprawiedliwe. 
Pomyśl o tym, przy pierwszym kęsie. 
Smacznego.

21 lipca 2017

MBSR Bodyscan Klinika Stresu





W tym tygodniu rozpoczęliśmy kolejną edycję programu redukcji stresu na bazie uważności MBSR.



Nawet jeżeli nie jesteś formalnym uczestnikiem kursu zapraszamy do wspólnej praktyki.

15 lipca 2017

Metro-Matrix

Warszawa da się lubić. Naprawdę.
Zwłaszcza gdy nie musisz prowadzić samochodu. Rozsiadasz się w dowolnie wybranym środku lokomocji i pozwalasz się wieźć. I zwiedzasz, oglądasz, dziwisz się wszystkiemu - tak jakbyś był kosmitą. A przecież to tylko kilkaset kilometrów od miejsca, które nazywam domem.

Turysta jest wrażliwy na inność. Turysta widzi więcej niż lokals. Ogląda ich trochę jak w programie o kulturze odległych plemion.

Po czym rozpoznać lokalsa? Ano po kilku rzeczach.

Po sposobie ubierania się.
Nierzadki to widok - pani w wieku mocno dojrzałym na niewielkiej szpilce, z torebką dobraną pod kolor paznokci i apaszki na szyi.
Albo młody mężczyzna, który wskoczył w ostatniej chwili na przystanku Politechnika: wąskie spodnie, koszula idealnie dopasowana do sportowej sylwetki, teczka pod kolor butów.
Miło popatrzeć.
Na tę okoliczność, żeby zatrzeć trochę swój obraz prowincjuszki, zakupiłam w Biedrze lakier do paznokci.
Pod kolor plecaka. A co! W końcu pobyt w stolicy do czegoś zobowiązuje.

Po sposobie chodzenia.
Lokalsi idą  ku swojemu przeznaczeniu krokiem spokojnym, miarowym, z szyją sztywną i niewidzącym wzrokiem. Zanurzeni w rozmowach komórkowych, nie szukają guzika przy przejściu dla pieszych.
Turyści mają głowy na  szyjach obrotowych, oczy ich biegają od skrzyżowania do budynku, porównują to co widzą, z tym, co wujek Google i jego mapy podpowiadają. Gubią się na przejściach i nawet z mapą wolą czasem zapytać o drogę.

Po wzroku utkwionym w telefonie/tablecie/laptopie.
Metro zagęszcza się od ilości fal, informacji, muzyki, książek, fejsbooków i innych cudów przekazywanych przez internet.
W metrze nie napotkasz czyjegoś wzroku (no chyba, że to turysta z innej części świata). W zamian bezkarnie i trochę "na beszczela" możesz popatrzeć sobie na współtowarzyszy podróży.

Na ich pochylone głowy, charakterystycznie lekko ugięte karki przed ekranem, który ich wsysa i zagarnia; podłączonych do świata, który dzieje się w ich głowach, gdzie się kocha i smuci, uczy i cieszy, ledwo trzymając się - za pomocą wytwornego paska od spodni - ciała i świata realnego.
Ludzie pięknie ubrani, zmęczeni, zaaferowani. Nieobecni. Obojętni. Oddzieleni elektroniką i słuchawkami.
Chodzące fortece.

Aż trochę wstyd, że człowiek tak niekoniecznie zajęty swoją komórką. Więc, żeby trochę się w tłum wmieszać, chociaż pogodę sprawdzam. Tak, jakby ta informacja, której doświadczyłam dosłownie na własnej skórze tuż przed zejściem do metra, była niewiarygodna.

Inne miasto. Inny świat. Inni ludzie. Czyżby?
Wpasowujemy się w ten sam schemat. Obojętnieją nam codzienne cuda. Troska staje się natręctwem, piękno - gaśnie i traci swą przyciągającą moc. Zamykamy się we własnych myślotworach, świat realny jest taki, jaki widzimy nie za pomocą własnych oczu, ale za pomocą czyjejś interpretacji.


Jak w Matrixie.
Obudzisz się?



9 lipca 2017

Oda niepoetycka do serca

Nie ma w tym życiu mądrości ciała. Umysłu tym bardziej.
Ale jest serce - z dziurami jak ser szwajcarski,
o słodko-gorzkim z lekka dojrzewającym już smaku.

Serce dziwi się tam, gdzie umysł wzrusza ramionami,
Serce zachwyca się tam, gdzie ciało odczuwa znużenie.
Uparte to serce. Niereformowalne.
Wciąż odmierza ten sam rytm - nieznudzone, niestrudzone, odważne.

Dum dum - radość przed podróżą przyjemnie łaskocze w brzuch.
Dum dum - by się zjadło lody, choć pora już nieodpowiednia.
Dum dum - jutro to ho ho! To nic, że dziś to raczej marnie było...
Póki jestem - możesz spróbować naprawić co schrzaniłaś.

Poczciwe to serce.
Co bym bez Ciebie zrobiła!
Moje Serce - najpiękniejsze z moich serc,
z kruszcu pośredniejszego niż złoto.



https://www.youtube.com/watch?v=aKJvbTEnp0I

2 lipca 2017

O jedno wejście dalej



Wydarzyło się to kilka dni temu.

Odprowadziłam syna na trening piłki i mając do dyspozycji półtorej godziny wolności od zobowiązań i powinności, postanowiłam pobiegać.
Truchtam dzielnie, zadowolona z siebie, bo kolana po operacjach sprawują się bardzo przyzwoicie i zadyszka jakby trochę później łapie. Chłodzi mnie ciepły, choć silny wiatr i nad głową mam spektakularny, dostojny nieboskłon. Wszystko jest takie, jak powinno być.
Dobiegam do jednego z wejść na plażę - i już się cieszę, że zobaczę fale bałwaniaste, te masywy wody, które zawsze wywołują u mnie ciarki na plecach.
Zwalniam tuż przy plaży, przy dużym samochodzie policyjnym barwiącym okoliczne drzewa na niebiesko. Pewnie jacyś wakacyjni amatorzy alkoholu mieli pecha - myślę sobie. Trochę mi ich żal - bo sama niejedno piwo na plaży się wypiłam, ale z drugiej strony wiedząc, co za głupoty ludzie wyczyniają po alkoholu... może i dobrze, że takie patrole się pojawiają?
Wejście na plażę tarasuje ciemna furgonetka, której szeroko otwarte drzwi uniemożliwiają przejście.
Co za burak! - myślę sobie - Najchętniej by parkowali tuż przy brzegu - wkurzam się w duchu. Może to ludzie z kajtów - żeby sprzęt przenieść - pewnie nie jest to łatwe - usprawiedliwiam kierowcę samochodu.
Nie podobało mi się tutaj - bo ta policja, bo furgonetka, bo ludzie zagęszczający przestrzeń. Podbiegnę do następnego wejścia - tam wygląda spokojniej.




Pobiegłam.
Nie było zachwytów nad kajtami, których latawce jak olbrzymie ptaki unosiły się nad szumiącą wodą.
Ani nad siwym morzem i chmurami, które jak w obrazach Vermeera zawisły nad Delft.
Za to była gęsia skórka i głębokie poruszenie, gdy zobaczyłam dwóch mężczyzn niosących na noszach czarny worek w kierunku otwartych drzwi furgonetki.
Cała rzeczywistość uległa diametralnej zmianie, o jedno wejście na plażę dalej.

Potrzeba było odległości, żebym mogła zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.
Musiałam wycofać się ze zbiegowiska, żeby dotarło do mnie - skąd policja, skąd furgonetka i skąd ten tłok.
Stałam jak ten kołek - poruszona, przerażona, zawstydzona swoją naiwnością.

Tak jak w tych sytuacjach, kiedy dopiero dystans i czas - pozwalały poskładać puzzle rzeczywistości, by w pełni ukazał się obraz: szaleństwa ćwiczeń, które doprowadziły do zerwania wiązadeł, źle ulokowanego zaufania, które przyniosło rozczarowanie i stratę przyjaciela, powtórzonej historii, która wróciła z nieprzepracowaną opowieścią.

***
Kiedy zanurzam się w oddechu, a cisza pozwala wyłuskać niesłyszalne zazwyczaj bicie serca - rodzi się przestrzeń. Rodzi się dystans.

Milczę i cieszę się tą ciszą - bez nadziei, że to pożyteczne narzędzie do wypracowania umiejętności przewidywania faktów, rozumienia i zapobiegania dramatom, określania jasno sytuacji.

Milczę i oddycham.
Tu dystans i czas nie zmienią rzeczywistości.

29 czerwca 2017

Mojość

Płot.


Jaki jest płot - każdy widzi. 
Płot oddziela przestrzeń - tam twoje - tu - moje. Żeby nikt mi nie łaził po osiedlu, po ogródku, po kraju. Po mojej własności. 
Dziwne to doświadczenie własności. 
Z jednej strony to coś, co znam, jest swojskie. Znam mój rower i wiem, gdzie trzeszczy, moja kuchnia nie ma dla mnie tajemnic. Moje wady są mi dobrze znane i wiem, kiedy moje ciało potrzebuje odpoczynku.
Ta własność jest swoistą tożsamością - Ania z Zielonego Wzgórza posiadała rude włosy, a Pan Samochodzik - Ferrari 410.
Z drugiej - poczucie własności daje mi władzę - coś, co jest moje mogę traktować tak jak mi się podoba.
Decyduję o tym, do której szkoły pójdzie moje dziecko. Rzymianie porwali i posiedli kobiety z rodu Sabinów. Zawłaszczyli je sobie. Po swojemu, na swój męski sposób. Wyrzucam stare meble. Moje stare meble.
 "Mojość" sprawia, że dźwigam odpowiedzialność za to, co traktuję jak moje.
Za mój samochód płacę OC, za mojego psa zbieram kupy, za moje dziecko - płacę za rozbitą szybę. 
Ale "mojość" sięga jeszcze dalej - samo się robi - że jak odpowiedzialność to i kontrola.
Moje środki na koncie, moje mieszkanie, mój mąż i politycy mojego kraju.

Co robi jeszcze mojość? A no to, że zalewają mnie uczucia, które rodzą się z tego przywiązania do tego, co moje: złość na polityków, smutek przegranego meczu, gniew na dziecko za niedotrzymanie obietnicy, rozczarowanie przyjacielem...
Ba, nawet, krytyka twórczości mojej ulubionej pisarki - boli do żywego.

Ile dobrego, a ile złego owa mojość robi?
Kiedy jest słuszna, a kiedy przesadzona?
Kiedy trzeba ową mojość porzucić, by posmakować, czy rzeczywiście trawa za płotem jest bardziej zielona?

16 czerwca 2017

Pod prysznicem



Nucę czasami. Czasem podśpiewuję. Nie pamiętam dobrze słów, ale zawzięcie ciągnę i wyciągam dyszkantem tam, gdzie powinien zagrzmieć najdonośniejszy akord. A co tam! Prysznic zniesie wszystko.
I przychodzi mi myśl tęskna i radosna, żeby tak w chórze, grupowo, tak sążniście zaryczeć. Jak tur. W grupie siła, więc chór byłby zacnym tworem. Tak jak Andrus Artur niejaki proponuje.



Założyć chór, bo dobrze robi na głowę i na serce i na jeszcze kilka innych organów: przepona, płuca, mięśnie brzucha i te wokoło ust.  
Repertuar obojętny, byle zbyt smętny nie był. Chętnie bym tak po świecku – z całego serca zawyła to księżyca, że on taki niepowtarzalny i taki wymowny.  Albo pieśń jakąś dostojną o bogactwie fali, co to niezmordowanie obmywa brzegi. Albo o matkach, które nie ważne jak stare ich dzieci będą, i tak się o nie zamartwiają…

"Piosenki to dźwięki. 
Piosenki to słowa. 
Piosenka - łyk szczęścia.
Piosenka - łez browar.
Piosenki panienki, 
piosenki jak krzyże. 

Gór piosenka nie przenosi.
Ale czasem może sprawić, 
że nam do nas... jakby bliżej."

To z kolei wiersz Poniedzielskiego. Jak widać piosenki nie tylko mi w głowie. 
I fajnie tak razem pośpiewać. Tak blisko się robi i mniej wstydliwie.

Ale jakoś na „chciałoby się” się kończy.
Może i lepiej.
W końcu po co mnożyć byty marnych wykonań. 
Pomruczę pod prysznicem jeszcze.
Solo.


18 maja 2017

Mindfulness - jak poskromić niesforny umysł (i ciało)

Zapraszamy serdecznie na wykład z elementami warsztatu, który będzie dotyczył metody mindfulness. Słowo 'mindfulness' tłumaczone jest na polski jako 'uważność'. Jon Kabat-Zinn, amerykański profesor medycyny i twórca Metody Redukcji Stresu opartej na Uważności, określa uważność jako szczególny rodzaj uwagi: świadomej, nieosądzającej i skierowanej na bieżącą chwilę.

„Mówiąc najprościej, uważność to świadomość każdej chwili. Pielęgnuje się ją przez celową koncentrację na rzeczach, nad którymi zwykle się nie zastanawiamy. Jest to systematyczny rozwój nowych rodzajów kontroli i mądrości w naszym życiu, oparty na naszych wewnętrznych zdolnościach relaksacji, skupiania uwagi, świadomości i percepcji".
Jon Kabat-Zinn, "Życie - piękna katastrofa”



Uważność jest sposobem uczenia się bezpośredniego kontaktu ze wszystkim, co pojawia się w naszym życiu, brania odpowiedzialności za własne życie, dbania o siebie poprzez świadomą i systematyczną pracę ze stresem, bólem, chorobą oraz wyzwaniami codziennego życia.
Dzięki zwiększaniu świadomości funkcjonowania ciała, umysłu i pojawiających się emocji odzyskujemy wewnętrzną harmonię. Program Redukcji Stresu oparty na Uważności pozwala nam uwolnić wewnętrzne zasoby (wewnętrzną siłę) i cieszyć się życiem.

„Uważność jest szczególnym stosunkiem do doświadczenia lub sposobem pojmowania życia, które zmniejsza cierpienie i czyni życie bogatym oraz pełnym treści. Dzieje się tak dzięki dostrojeniu się do doświadczenia, które pojawia się tu i teraz, oraz dzięki bezpośredniemu wglądowi w to, jak nasze umysły tworzą niepotrzebne cierpienie”.
Ronald D. Siegel, doktor psychologii, wykładowca Harvard Medical School

PROWADZĄCA: EWA KAIAN KOCHANOWSKA
Nauczycielka mindfulness oraz Metody Redukcji Stresu opartej na Uważności (Mindfulness-Based Stress Reduction), certyfikowana w Institute for Mindfulness-Based Approaches w Bedburgu w Niemczech. Jest wykładowczynią Uniwersytetu SWPS, gdzie uczy uważności jako metody radzenia sobie ze stresem, trudnymi emocjami i sposobu na poprawę koncentracji. Popularyzuje proste i skuteczne techniki relaksacyjne. Autorka publikacji dotyczących zastosowania mindfulness w edukacji.
Twórczyni i założycielka Kliniki Stresu – Centrum Redukcji Stresu i Przeciwdziałania Wypaleniu Zawodowemu, które zajmuje się edukacją prozdrowotną i psychoedukacją, szkoleniami dla klientów indywidualnych i instytucji (www.klinikastresu.com.pl).

DATA:
19 maja (piątek) g. 17.00-18.30
MIEJSCE:
Wydział Nauk Społecznych UG, ul. Jana Bażyńskiego 4
Instytut Pedagogiki, sala A 310-311
WSTĘP WOLNY!

17 maja 2017

Nie ma na co czekać

Pani K. przyszła do biblioteki po długiej nieobecności. Zawsze brała fantastykę i z uśmiechem opowiadała o swoich kolejnych wizytach w szpitalach, o naświetlaniach i chemiach. Gdy odrosły jej włosy - śmiałyśmy się z jej loczków - jakby trwałą położyła. - Zupełnie jak nie moje - powiedziała wtedy.
Wczoraj zwróciła książkę - jakieś zapiski Pawlikowskiej z Japonii czy Zanzibaru. Oddała drążcymi rękoma.
Za trudna.
Nie rozumie.
Musi wracać do przeczytanego zdania dwa-trzy razy.
Chyba zrezygnuje.
Boli ją tu, a z tyłu okropnie. Nie pamięta nazw części ciała. I jeszcze lewa półkula. Że tam też się rzuciło.
Wcześniej myślała, że to przez leki. Że tak zamulają. Ale jest coraz gorzej.
Musi odejść z pracy, bo już się nie nadaje. Nie pamięta nazw - ma listę, i ona wisi, ale z klientkami nie może się dogadać. Bo nie rozumie, czego od niej oczekują - czy to ma być kok czy farbowanie.
Niech Pani nie rezygnuje - prosiłam. Dałam jej "Kroniki Narni: Lew, Czarownica i stara szafa". Ucieszyła się, bo pamięta film. Ten o dzieciach. Tak, weźmie, bo to może będzie łatwo, skoro jeszcze jest coś w pamięci.
Wzięła książkę. Na trzy miesiące. Bo wolno czyta.
Nie wie, co będzie.
W zaszklonych łzami oczach kryła się bezradność i strach.
Głupio tak płakać przy obcych. Nawet jeśli się umiera.
Uciekła spłoszona wejściem kolejnego czytelnika.

***
Przypomina mi się wystąpienie Jon Kabat Zina na jakiejś konferencji dedykowanej nauczaniu Mindfulnesu w szkołach.
Mówił o tym, żeby nie odkładać na później - że doświadczać życie można zacząć w każdej chwili. Właśnie TERAZ. Nie ma na co czekać.
Życie. Jest jedno. Jest krótkie. Jest zachwycające.
Innego nie będzie.
To truizmy, którymi karmieni jesteśmy od pierwszych lat.
I że wszyscy umrzemy - to niby też każdy wie. A jednak... zawsze towarzyszy nam poczucie nieśmiertelności. Sprawia, że godzimy się na tkwienie w martwych związkach, na jałową pracę, na nieustające kłótnie. Na bycie nieszczęśliwym, uzależnionym, zrozpaczonym. Bo potem będzie lepiej, bo czas leczy rany, bo jutro, w wakacje, na święta, za rok...

Po spotkaniu z Panią K. czuję się jakbym oberwała obuchem w głowę od Życia.
Że jestem zdrowa. Że przyszedł maj, że mam fantastycznych ludzi wokół siebie.
Że życie jest TERAZ.
I naprawdę, nie ma na co czekać.

10 maja 2017

Człowiek niezaangażowany

Nie wiem jak Was, ale mnie to już męczy.
Mam już dość świata ekspresowych informacji, pobieżnych spostrzeżeń, ogólnej wiedzy o wszystkim, ale i o niczym szczególnym.
I być może jest to mój problem, ale odkrywam, że coraz mniej odpowiada mi świat wiedzy czerpanej z netu.
Gdzie tylko próbuję się zahaczyć i poszperać nieco głębiej - muszę się logować, podawać adres mailowy, by otrzymać wspaniałego e-booka pełnego pobieżnej, powierzchownej wiedzy, która pozostawia niedosyt i konieczność pogrzebania gdzie indziej i poszukiwania innych stron, gdzie znów muszę się zalogować, by otrzymać kolejnego e-booka z równie blichtrową wiedzą.
Rośnie we mnie frustracja.
Moja skrzynka pęka w szwach od darmowych e-booków, przypomnień haseł do profilów i newsletterów zachęcających w efekcie do kupienia czegoś tam.

Świat netu nie jest światem zgłębiania wiedzy, ale jej poszerzania.
Informacje niepotwierdzone, rozpacz służąca uzyskaniu dostępu do naszego portfela, historie przedstawiane jednostronnie, by uzyskać określoną postawę odbiorców.



Nie wiem jak Was, ale mnie to męczy.
Wiem, że to staroświeckie, ale wolę książki, długie wykłady i rozmowy z ludźmi, którzy jednak mają przemyślaną dobrze kwestię, na temat której się wypowiadają

Nie wiem, jak Was, ale mnie to męczy.
Więc postanawiam się nieudzielać, nieangażować, niekomentować, nielajkować.
Postanawiam dać sobie spokój z byciem na bieżąco ze zdjęciami dzieci moich znajomych, z ich wycieczkami i politycznymi komentarzami.
Postanawiam mieć to w nosie.

Ciekawe jak długo dam sobie czas na bycie człowiekiem niezaangażowanym w nieswoje sprawy.

4 maja 2017

Mistrz Gombrowicz i bodyscan

Lubię się "prześwietlić", czyli zrobić bodyscan. Tak dla porządku świata wewnętrznego i poskładania ciała i ducha z sercem i umysłem.
Bez kontroli, bez ciśnienia, ciało i całe jego dobrodziejstwo zapadają się w podłoże, w spokój. Skóra na czole wreszcie się rozluźnia, zasypia robal strachu, który zazwyczaj zamieszkuje mój żołądek.
Oddech trafia tam, gdzie powienin trafiać - swobodnie i sensownie.

Jak dobrze poczuć, że ciało to mimo wszystko dobry, bezpieczny dom.

Wczoraj poruszyło mnie kilka słów instrukcji, którą przecież dość dobrze znam (a że znam, nie słucham zbyt uważnie...)

Pozwól sobie czuć to, co właśnie czujesz.
Pozwól emocjom być takimi, jakie właśnie są.
Pozwól im być.

To właśnie pozwolenie. Dać sobie samej szansę i miejsce. Odpuścić konieczność bycia jakąś.
Wyjść poza gęby, łydki i pupy - że tak pozwolę sobie po Gombrowiczowsku rzec.

źródło

Mistrz Gombrowicz mawiał, że nie ma "ja" - są "gęby". Nakładane jedna na drugą i kolejną.
Że w każdej sytuacji jesteśmy jakąś "gębą", i że od tego nie ma ucieczki.

Myślę, że Gombrowicz nie praktykował bodyscan.

24 kwietnia 2017

Poranki i nastroje


Od kilku dni zauważam u siebie nieco pogorszony nastrój. Być może to rezultat niezbyt przyjemnej pogody i niewielkiej ilości słońca, a może innych zdarzeń. Obserwuję siebie bacznie. Widzę, że dużo do siebie mówię w myślach - o sobie, o innych, czasem mówię sobie coś o przeszłości, a co wywołuje we mnie silną reakcję w ciele. Bycie ze sobą w ciszy i bez ruchu w takich stanach nie jest łatwe. Obudziłam się dziś rano i zaraz po otwarciu oczu zdałam sobie sprawę, że zaczynam coś do siebie mówić. I że tak jest przecież codziennie. Zaciekawiło mnie to, z czym zaczynam dzień. Czy z radością i wdzięcznością? Czy może z pośpiechem, krytyką, niechęcią? To z czym wchodzimy w dzień, ma wpływ na to jak ten dzień będzie się nam układał. Jak będziemy przyjmować to, co nam ze sobą przyniesie. Dlatego nawet 10 minut medytacji rano wystarczy, żeby nadać nadchodzącemu dniu odpowiednią intencję, a jednocześnie zatroszczyć się o nasz mózg, który tak jak zęby potrzebuje higieny. Być może czasem jest tak, że chce nam się wstać, że cieszymy się na przygody dnia, a czasem jest zupełnie inaczej. Co wtedy robimy? Czy próbujemy to zmieniać? Czy zauważamy, co się w nas dzieje? Potrafimy to przyjąć, zaakceptować? Pobyć z tym? Co robimy z nieprzyjemnymi myślami i odczuciami? Niemalże każdy z nas ma sposób, żeby siebie na nie zobojętniać. Jaki jest Twój? ;)

Małgosia Sieradzka-Imhoff

Foto: morze w Jastarni jesienią

Śmieci


Wokół pełno śmieci. Torebki, które kiedyś skrywały zakupy poczynione w pobliskim sklepie, papierki po cukierkach, puszki po piwie, butelki po mocniejszym alkoholu. Zjedzone, strawione, wyrzucone.
Było przez krótką chwilę, służyło czemuś, przestało być potrzebne, zniszczyło się, zużyło się.
Wyrzucone na brzeg przez cierpliwe fale, leży sobie pod nogami spacerowiczów. Mieni się w słońcu, zdaje się, że skarby jakieś. Pan strażnik, z którym sprzątaliśmy Rezerwat Mewia Łacha opowiadał, że fale potrafią wyrzucić i zdechłe cielę, i opony od traktorów. Ale takie duże śmieci są niczym w porównaniu z tym, co znaleźć można na plaży w mniejszych gabarytach.
No więc zbieram te ślady bytności człowieka. Do czarnego wora – gdzie ich miejsce. Schylam się, wyciągam z piasku, wyblakłe, niepodobne do niczego. Do wora z nimi! Zbieram te śmieci i wstyd mi.
Wstyd mi za ludzi, tak ogólnie. Za naszą arogancję i pyszałkowatość. Za głupotę i kretyńskie poczucie humoru – bo jak się wrzuci zakorkowaną butelkę do wody, to będzie jakby z bezludnej wyspy jakaś wiadomość zawędrowała do cywilizacji. Tak niezwykle i tajemniczo…



Niebo błękitne nade mną, złocisty piasek pode mną, morze wieczyste wokół.
Jak tu się nie zachwycić? Jak tu nie poczuć się jednym z ziarenek piasku? Jak tu nie łączyć oddechu z niespiesznym rytmem fal? I tylko co rusz – trach! Jak kamyk w szybę – plastikowa torebka, wyblakła podpaska, pudełko po papierosach – wprowadzają zgrzyt smutku w ten mój niemal ekstatyczny stan.



Nie to, że się rozstaję z życiem, ale w tych cudnych okolicznościach przyrody i z takim kontrastem w postaci dźwiganego worka, naszły mnie refleksje egzystencjalne. Chciałabym być bardziej ekologicznym śmieciem niż to, co zbieram. Chciałabym, by po mojej obecności pozostały dobre myśli, uśmiech i coś, co daje energię. Jak fale.
Póki co – jestem z lekka już nadgryzionym produktem przez Życie. Mam nadzieję, że smakuję mu całkiem znośnie. I że nigdy nie odbiję mu się czkawką. 

10 kwietnia 2017

Niepowtarzalność

Wszystkie odpowiedzi są już w nas. Przynajmniej tak pokazuje moje doświadczenie, a także doświadczenie kilku innych osób. Nikt nie zna naszej sytuacji lepiej, niż my. Nikt z nas lepiej, niż my nie usłyszy swojego wewnętrznego głosu. Głosu naszej prawdy. Tylko ty wiesz, co uczyni cię szczęśliwym i czego potrzebujesz. Tylko ty znasz swoją sytuację, swoje ograniczenia, możliwości. Tylko ty możesz podjąć decyzję o zmianie, o drodze do zmiany i tylko ty możesz tej zmiany dokonać. Temat przyszedł mi do głowy po tym jak zdałam sobie sprawę, że często dajemy sobie nawzajem rady:  "a czemu nie zrobisz tego lub tamtego?" lub "powinieneś zrobić to lub tamto" np. powienieś schudnąć, zmienić partnera, pracę, mieszkanie, sposób w jaki się ubierasz, malujesz, żyjesz... tak jakbyśmy znali odpowiedzi na wszystkie pytania świata, jakby każdy skrojony był na tę samą miarę. A jednak każdy z nas jest inny, unikalny, wyjątkowy i droga każdego z nas jest inna. Co więcej każdy musi ją sam odkrywać, zdobywać się na odwagę, by nią kroczyć, czasem z niej zbaczać i popełniać błędy. Owszem, rady się przydają, ale tylko jako sugestie czy zaproszenia do tego, aby się zatrzymać i sprawdzić jak nam z nimi jest - czy są czymś, co z nami rezunuje, czy też nie? Czy zbliżają nas do NASZYCH odpowiedzi? Rady zamrażają rzeczywistość, unieruchamiają ją. Są opowieściami o naszych doświadczeniach, lecz nie są prawdami ostatecznymi. Trud i piękno życia zdaje się mieć źródło w tym samym: w jego nieprzewidywalności i niepowtarzalności. Każda chwila jest niepowtarzalna. Czy jesteś tutaj, by tego doświadczać?

Małgosia Sieradzka-Imhoff

zdjęcie: Mark Adams



Diagnoza

Przeglądam ostatnie "Charaktery" - no bo dobrze by było się rozeznać w tym różnobarwnym kotle, co to w nim mieszam nieustannie. A że o tym, co mi jest gazetka przystępnie i czytelnie klaruje, więc diagnozować prosto. 
W zasadzie nie ma co diagnozować, bo wszystkich przypadłości znalazłoby się po trochu. 
Wymieniać? 
Proszę - oto dowód kolejnego skrzywienia - emocjonalna nimfomania: 
zajadanie emocji, lęk przed zmianami, apatia, uleganie manipulacji i manipulowanie, nieumiejętność cieszenia się ze swoich osiągnięć i uwaga! - Malkontenctwo - poziom wysoce zaawansowany.
A jeszcze - przewrażliwienie na swoim punkcie i brak dystansu.
No żesz! - myślę sobie.
Trochę kiepsko.
Ale terapeuci i psychologowie mieliby używanie!
Taki elegancki zbiór!
A życie takie piękne...
I rower dziś - ech - aż by się chciało cytować Mistrza Tuwima i posłać cały to wewnętrzne skwaszone towarzystwo do wszystkich diabłów.

źródło
A w maju 
Zwykłem jeździć, szanowni panowie, 
Na przedniej platformie tramwaju! 
Miasto na wskroś mnie przeszywa! 
Co się tam dzieje w mej głowie: 
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa, 
Wesoło w czubie i w piętach, 
A najweselej na skrętach! 
Na skrętach - koliście 
Zagarniam zachwytem ramienia, 
A drzewa w porywie natchnienia 
Szaleją wiosenną wonią, 
Z radości pęka pąkowie, 
Ulice na alarm dzwonią, 
Maju, maju! - - 
Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju, 
Wielce szanowni panowie!...
Julian Tuwim
 

4 kwietnia 2017

Pożytek z krzątawicy

Macie też taką chorobę?
Obajwia się niekontrolowaną wręcz potrzebą porządkowania: zagarniać, ogarniać, odgruzowywać, składać i wkładać, zmywać, szorować, segregować i ścielić. Do upadłego, do skłócenia całej rodziny, do połamanych paznokci.
Symptomy nasilają się wraz z ilością kłopotów do rozwiązania. Im więcej na głowie - tym jaśniej kuchenka błyszczy.
Odmianą krzątawicy jest ogrodnica postępująca - byle ciepła więcej na dworze - a osoba zakażona jej wirusem - wpada do ogródka, w skrzynki balkonowe albo w inne przestrzenie zielone i ryje.
W ziemi, w korzeniach, szarpiąc chwasty, grabiąc zgniłe liście.
I pięknie - efekty tej choroby są wielce porządane - cebulki w ziemi, liście na kompostowniku, chwasty...eeee tam, gdzie ich miejsce.


Koszty - zdaje się - niewielkie. Bo i człowiek się zmęczył i ma poczucie, że nie zmarnował czasu, i ma poczucie, że to pożyteczne było.
Tylko skąd ten skurcz żołądka, że jednak to jakaś ucieczka? Skąd to przeświadczenie, że to trochę jak głowa w piasek?
Porządkując rzeczywistość, nie uporządkuje się świata wewnętrznego.
Wyrywając chwasty - nie wyrwie się tych, które zapuściły korzenie głęboko, wewnątrz nas.
A jednak - czasem dobrze w taki stan popaść.
Wówczas - choć trochę - świat zyskuje z chaosu i nieuporządkowania jego mieszkańców.

28 marca 2017

Uważność rozproszona

Niełatwe są wycieczki klasowe. A te zagraniczne to już wyższy poziom zaawansowania. Liczenie trzódki zaraz po wyjściu z metra, z muzeum, ze sklepu... Pary! Pary, dzieci! Gdzie masz parę?! PARYYYYYY!!!!

Uważność rozproszona. Jednym okiem kameleona kontrolowanie trochę niedającej się kontrolować gromady pączkujących osobowości, drugim - chwytanie tego, czego "u nas" się nie zobaczy: kamienia z Rosetty, Tower Hill czy Andy'ego Warhola. Most, mur, świątynia, kruki i jeszcze w głowie nożownicy biegający wśród rzesz zwykłych "śmiertelników", żeby porozcinać ich w imię jakiejś zasady.
Ciekawość, entuzjazm, znużenie, strach, irytacja i znów zachwyt i przyjemność, a zaraz po niej - nuda i poczucie kompletnego niezrozumienia, gdy zamiast zachwycać się Caravaggio dzieci wybierają fejsa albo Stick War. 
Czy obce miejsce - pierwszy raz odwiedzane - może odciąć to, co ciągniemy w głowach, wszędzie ze sobą? Pewnie nie. Pewnie to mrzonka - wziąć urlop od kłopotów i spojrzeć na nie z perspektywy kilkuset kilometrów, innej mentalności i kultury. Bo to, co się przydarza na zewnątrz, niekoniecznie ma wpływ na to, co w środku. 
To chyba powszechna mądrość. 
A mimo wszystko - tak by się chciało, tak się marzy - zapatrzeć się na 1000-letnie opactwo, zanurzyć się - tak do nieprzytomności, w historiach, które mnie nie dotyczą i nagle - ta-dam! - objawienie! Deus-ex-Machina - rozwiązanie wszelkich problemów - w zasięgu ręki. I spokój, i ulga i pozamiatane do kolejnych trudności i kolejnych wyzwań, bez których życie byłoby przedziwnie nudne i płytkie. 

18 marca 2017

Zwierzątko? Czy pasożyt?

Znów o faunie będzie...
Jest taka książeczka dla dzieci „W moim brzuchu mieszka jakieś zwierzątko” i jest zasadniczo o odczuwaniu głodu i sytości. Urocza i rozczulająca historyjka.
No więc, ja też mam w swoim brzuchu zwierzątko. Obleśnego, obrzydliwego pasożyta. 
Nazywa się strach.
Strach mieszka w żołądku i ma macki, które rozpostarł w każdy zakamarek przewodu pokarmowego. Szarpie nimi według swoich upodobań. 
No więc szarpie za te macki wyciągnięte do gardła i nagle wysychają usta i tak trudno ślinę przełknąć.
Szarpnie za inne – a toaleta staje się drugim domem.
Szarpnie kolejne – i już zamiast mózgu bulgocze różowa galareta.



I miesza. I kręci.
Że nie umiesz, że nie dasz rady, że nie potrafisz, że się nie nadajesz.
Że za trudne, że za daleko, że niemożliwe.
Że lepiej siedzieć cicho, bo może być gorzej.
Że nie warto ryzykować, bo się okaże, że nie ma w Tobie nic dobrego, co myślałaś, że jest.
Że najlepiej niech zrobią to inni – bo oni wiedzą lepiej.
Niech oni zadecydują i wybiorą – bo ja taka głupia i taka mała.
Zdumiewające jest, jak to możliwe tak pastwić się nad sobą. Gdybym mogła popatrzeć na siebie z boku, poczułabym współczucie do tego zaszczutego stworzenia i złość na tego nazistę, który tak bezwzględnie odbiera radość.
Gdybym mogła połknąć pastylkę na pasożyty.
Żeby już wydalić go bezpowrotnie. 
W terapii AA jest taka maksyma, mówiąca o tym, żeby zmienić co zmienić można, zaakceptować to, czego nie da się zmienić, i mądrość, by odróżnić jedno od drugiego. 
No więc - nie da się usunąć, to może zaakceptować trzeba? Oswoić "aliena", by nie siał zniszczenia. Nakarmić? Napoić? Przytulić? Kto oswoił pasożyta i przemienił w zwierzątko - może jakieś doświadczenia do podzielenia? Inspiracje?

13 marca 2017

Uważna komunikacja ze sobą

Praktykę uważności z reguły kojarzy się ze świadomością zmysłów lub ciała. Być uważnym to wiedzieć, gdzie się jest. To czuć podmuch wiatru na naszej twarzy, gdy wychodzimy z klatki schodowej. To dostrzegać złoty kształt księżyca na nocnym niebie i nasycać nim swoje oczy. To być świadomym kontaktu pośladków z kanapą, na której właśnie siedzę. To też znaczy wiedzieć, że trudno mi jest w pełni odetchnąć, że moja klatka nie chce się dziś otwierać. Nie próbować tego zmieniać. To też zdawać sobie sprawę, że muzyka, która właśnie dochodzi do mnie z głośników sprawia, że czuję się rozdrażniona - napinają się moje ramiona i czuję lekki ucisk w głowie. Trochę tak jakby ciało próbowało się bronić, aby te dźwięki nie przedarły się przez jego granicę... Jednak do tego wszystkiego, co tu wymieniłam (i do tego, o czym nie wspomniałam), dodałabym też uważność w komunikacji. W komunikacji ze światem, z innymi, a przede wszystkim ze sobą. Kiedy upuszczam łyżeczkę w kawiarni na podłogę tak, że wszyscy na mnie patrzą - co do siebie wtedy mówię? Co dzieje się w moim umyśle? Czy pojawia się nerwowy pościg myśli? A co dzieje się w moim ciele? Czy czuję zawstydzenie? A może udaję, że go nie czuję? A gdy ktoś zwraca mi publicznie uwagę, to co się we mnie dzieje? Czy umiem zostać z tym, co jest, czy jednak uruchamia się we mnie lawina oskarżeń lub samooskarżeń? I co robię, gdy to zauważam? Czy próbuję to doświadczenie zmieniać? A jeśli tak to w jaki sposób? Czy krytykuję siebie? Dla mnie praktyka uważności to przede wszystkim łagodna świadomość tego, co się ze mną dzieje i akceptacja oznaczająca puszczanie krytycznych myśli. To trochę tak jakbyśmy sami dla siebie byli wyrozumiałymi i empatycznymi rodzicami. Z chwili na chwilę...Za każdym razem, gdy uda nam się zauważyć napięcie, zatrzymajmy się w sobie i zaopiekujmy się tym tak, jak uważny rodzic zaopiekowałby się swoim dzieckiem...

Małgosia Sieradzka-Imhoff



9 marca 2017

Nowe terminy kursu MBSR w Gdańsku

Zapraszamy na 8-tygodniowy Program Redukcji Stresu Oparty na Uważności (MBSR – Mindfulness-Based Stress Reduction) – kurs uważności, podczas którego nauczysz się technik obniżania napięcia, budowania odporności immunologicznej organizmu, a także technik radzenia sobie z natłokiem natrętnych myśli.

Jeśli jesteś zapracowany, zmęczony życiem, w rekonwalescencji, szukasz inspiracji, brakuje ci radości i poszukujesz sensu życia, metoda uważności  – Mindfulness – przyniesie ci uspokojenie oraz wiarę we własne siły i wewnętrzną moc.

Program przeznaczony jest dla wszystkich, którzy pragną nauczyć się radzić z trudnościami codziennego życia, ze stresem, trudnymi emocjami, komunikacją z najbliższymi, chcą po prostu poprawić jakość swojego życia.

Wyniki badań naukowych prowadzonych nad programem MBSR (m.in. Meta-analiza Grossman, Niemann, Schmidt i Walach, Mindfulness-based stress reduction and health benefits, 2004) wskazują m.in. na odczuwalną poprawę jakości życia jego uczestników, zmianę nawykowych zachowań, poprawę koncentracji, zwiększenie pewności siebie, lepsze rozumienie samych siebie i wzrost poziomu odpowiedzialności za własne życie.

Terminy:
3 kwietnia – 5 czerwca 2017
spotkania w poniedziałki w g. 18.30 – 21.00, oraz Dzień uważności: niedziela, 21 maja, g. 10.00 – 17.00

Wariant weekendowy: 23 kwietnia – 17 czerwca 2017
spotkania w soboty lub niedziele w g. 10.30 – 16.30, w dniach: 23.04, 06.05, 20.05, 03.06 (Dzień uważności), 17.06

Miejsce: Gdańsk Żabianka, ul. Sztormowa 9 (LO Collegium Gedanense)

więcej informacji: Klinika Stresu


7 marca 2017

Instrukcja obsługi osiołka

Fałdki, zmarszczki, włoski, plamki – tyle zmartwień z powodu ciała – tego „brata osiołka” – jak go nazywał św. Franciszek z Asyżu. Bo nie takie, bo dalekie od doskonałości, bo mu się nie chce i zamiast rozsmakować się w sałacie –zdecydowanie woli tabliczkę czekolady.
Albo choć batona.
Jest w nim jakieś lenistwo – przyjemna błogość z leżenia na dowolnie wybranym boku. Żeby nie musieć się zrywać, żeby nie spocić się nadmiarem wysiłku… 
A że pod górę… albo schody… 
o rety…
I żeby też nie siedzieć w bezruchu w pozycji lotosu, żeby nie słuchać tych wdechów i wydechów – bo z pewnością zaraz odezwą się wszystkie stawy i rozpoczną zmasowany protest. 
Taaak, krnąbrne to ciało. Taki osioł z niego.


Żeby mu się chciało tak jak mu się nie chce.
Tak łatwo jest zwalić całą winę na to biedne zwierzę - że to ono, że to jego rzecz, nie moja.
Łatwo jest przekonać siebie, że istniejemy w jakimś dziwnym tandemie  - że ja – to ta porządna i zdyscyplinowana – a ono – to takie rozbrykane i takie swawolne.
Czy istnieje między nami jakiś płot – zagroda, która oddziela to zwierzątko od mojego – ludzkiego obejścia, gdzie kwiatki w doniczce są do podziwiania, a nie do zeżarcia?
Gdzie kończy się moje ciało a zaczynam ja?

Bo skoro śmierć rozpakowuje nas z ciała – i  porzuca je jak dziecko rzuca papierek po czekoladzie – to może w ogólnym rozrachunku nie ma co nad tym ciałem tak się rozwodzić?

A z drugiej strony – skoro jego śmieszny trucht i wierzganie w rytm muzyki daje tak ogromne poczucie szczęścia – skoro to jego oczy dają mi obraz świata i jego ręce wybierają to, co mnie wzmocni lub sponiewiera – to może jednak ten płot rozebrać? Może warto poznać zasady działania osiołka?

5 marca 2017

Wprowadzenie do Mindfulness - MBSR

Zapraszamy na otwarte, bezpłatne spotkanie dla osób zainteresowanych praktykowaniem Mindfulness - uważności oraz programu redukcji stresu MBSR - Mindfulness-Based Stress Reduction - podczas którego uczymy się technik obniżania napięcia, budowania odporności immunologicznej organizmu, a także technik radzenia sobie z trudnymi emocjami i natłokiem natrętnych myśli.

termin: 8 marca 2017,  g. 18.00-19.30
adres: Gdańsk Żabianka ul. Sztormowa 9 (LO Collegium Gedanense)

Prowadzenie - Ewa Kaian Kochanowska
zapisy: ewa @ klinikastresu.com.pl

wstęp wolny
szczegóły: http://www.klinikastresu.com.pl/?page_id=50


Mądrość ciała i umysłu

Poranne przemyślenia na nowy tydzień, miesiąc, a nawet na kolejny rok.
Jesteśmy całością.
Umysł i ciało są połączone i nierozdzielne.
Wzajemnie na siebie wpływają.
Najlepiej tego doświadczyć obserwując swój oddech i aktywność umysłu. Gdy oddech staje się spokojny, umysł także jest uspokaja się i nie tworzy tak wiele myśli i nie ma niepokoju.