16 czerwca 2017

Pod prysznicem



Nucę czasami. Czasem podśpiewuję. Nie pamiętam dobrze słów, ale zawzięcie ciągnę i wyciągam dyszkantem tam, gdzie powinien zagrzmieć najdonośniejszy akord. A co tam! Prysznic zniesie wszystko.
I przychodzi mi myśl tęskna i radosna, żeby tak w chórze, grupowo, tak sążniście zaryczeć. Jak tur. W grupie siła, więc chór byłby zacnym tworem. Tak jak Andrus Artur niejaki proponuje.



Założyć chór, bo dobrze robi na głowę i na serce i na jeszcze kilka innych organów: przepona, płuca, mięśnie brzucha i te wokoło ust.  
Repertuar obojętny, byle zbyt smętny nie był. Chętnie bym tak po świecku – z całego serca zawyła to księżyca, że on taki niepowtarzalny i taki wymowny.  Albo pieśń jakąś dostojną o bogactwie fali, co to niezmordowanie obmywa brzegi. Albo o matkach, które nie ważne jak stare ich dzieci będą, i tak się o nie zamartwiają…

"Piosenki to dźwięki. 
Piosenki to słowa. 
Piosenka - łyk szczęścia.
Piosenka - łez browar.
Piosenki panienki, 
piosenki jak krzyże. 

Gór piosenka nie przenosi.
Ale czasem może sprawić, 
że nam do nas... jakby bliżej."

To z kolei wiersz Poniedzielskiego. Jak widać piosenki nie tylko mi w głowie. 
I fajnie tak razem pośpiewać. Tak blisko się robi i mniej wstydliwie.

Ale jakoś na „chciałoby się” się kończy.
Może i lepiej.
W końcu po co mnożyć byty marnych wykonań. 
Pomruczę pod prysznicem jeszcze.
Solo.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza