7 marca 2017

Instrukcja obsługi osiołka

Fałdki, zmarszczki, włoski, plamki – tyle zmartwień z powodu ciała – tego „brata osiołka” – jak go nazywał św. Franciszek z Asyżu. Bo nie takie, bo dalekie od doskonałości, bo mu się nie chce i zamiast rozsmakować się w sałacie –zdecydowanie woli tabliczkę czekolady.
Albo choć batona.
Jest w nim jakieś lenistwo – przyjemna błogość z leżenia na dowolnie wybranym boku. Żeby nie musieć się zrywać, żeby nie spocić się nadmiarem wysiłku… 
A że pod górę… albo schody… 
o rety…
I żeby też nie siedzieć w bezruchu w pozycji lotosu, żeby nie słuchać tych wdechów i wydechów – bo z pewnością zaraz odezwą się wszystkie stawy i rozpoczną zmasowany protest. 
Taaak, krnąbrne to ciało. Taki osioł z niego.


Żeby mu się chciało tak jak mu się nie chce.
Tak łatwo jest zwalić całą winę na to biedne zwierzę - że to ono, że to jego rzecz, nie moja.
Łatwo jest przekonać siebie, że istniejemy w jakimś dziwnym tandemie  - że ja – to ta porządna i zdyscyplinowana – a ono – to takie rozbrykane i takie swawolne.
Czy istnieje między nami jakiś płot – zagroda, która oddziela to zwierzątko od mojego – ludzkiego obejścia, gdzie kwiatki w doniczce są do podziwiania, a nie do zeżarcia?
Gdzie kończy się moje ciało a zaczynam ja?

Bo skoro śmierć rozpakowuje nas z ciała – i  porzuca je jak dziecko rzuca papierek po czekoladzie – to może w ogólnym rozrachunku nie ma co nad tym ciałem tak się rozwodzić?

A z drugiej strony – skoro jego śmieszny trucht i wierzganie w rytm muzyki daje tak ogromne poczucie szczęścia – skoro to jego oczy dają mi obraz świata i jego ręce wybierają to, co mnie wzmocni lub sponiewiera – to może jednak ten płot rozebrać? Może warto poznać zasady działania osiołka?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza