24 kwietnia 2017

Śmieci


Wokół pełno śmieci. Torebki, które kiedyś skrywały zakupy poczynione w pobliskim sklepie, papierki po cukierkach, puszki po piwie, butelki po mocniejszym alkoholu. Zjedzone, strawione, wyrzucone.
Było przez krótką chwilę, służyło czemuś, przestało być potrzebne, zniszczyło się, zużyło się.
Wyrzucone na brzeg przez cierpliwe fale, leży sobie pod nogami spacerowiczów. Mieni się w słońcu, zdaje się, że skarby jakieś. Pan strażnik, z którym sprzątaliśmy Rezerwat Mewia Łacha opowiadał, że fale potrafią wyrzucić i zdechłe cielę, i opony od traktorów. Ale takie duże śmieci są niczym w porównaniu z tym, co znaleźć można na plaży w mniejszych gabarytach.
No więc zbieram te ślady bytności człowieka. Do czarnego wora – gdzie ich miejsce. Schylam się, wyciągam z piasku, wyblakłe, niepodobne do niczego. Do wora z nimi! Zbieram te śmieci i wstyd mi.
Wstyd mi za ludzi, tak ogólnie. Za naszą arogancję i pyszałkowatość. Za głupotę i kretyńskie poczucie humoru – bo jak się wrzuci zakorkowaną butelkę do wody, to będzie jakby z bezludnej wyspy jakaś wiadomość zawędrowała do cywilizacji. Tak niezwykle i tajemniczo…



Niebo błękitne nade mną, złocisty piasek pode mną, morze wieczyste wokół.
Jak tu się nie zachwycić? Jak tu nie poczuć się jednym z ziarenek piasku? Jak tu nie łączyć oddechu z niespiesznym rytmem fal? I tylko co rusz – trach! Jak kamyk w szybę – plastikowa torebka, wyblakła podpaska, pudełko po papierosach – wprowadzają zgrzyt smutku w ten mój niemal ekstatyczny stan.



Nie to, że się rozstaję z życiem, ale w tych cudnych okolicznościach przyrody i z takim kontrastem w postaci dźwiganego worka, naszły mnie refleksje egzystencjalne. Chciałabym być bardziej ekologicznym śmieciem niż to, co zbieram. Chciałabym, by po mojej obecności pozostały dobre myśli, uśmiech i coś, co daje energię. Jak fale.
Póki co – jestem z lekka już nadgryzionym produktem przez Życie. Mam nadzieję, że smakuję mu całkiem znośnie. I że nigdy nie odbiję mu się czkawką. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza